Się porobiło w świecie” autorytetów”… Ewa Woydyłło w rozmowie z Lechem Sidorem – byłym tenisistą, komentatorem sportowym i prowadzącym podcast „Trzeci Serwis” bardzo krytycznie wypowiedziała się o Idze Świątek, jej psycholożce Darii Abramowicz oraz Arynie Sabalence.
Nie ograniczyła się jednak do komentowania ich zachowania czy sportowych decyzji.
Mówiła o tym, co jej zdaniem Iga naprawdę czuje, sugerowała, że może być wypalona, nieszczęśliwa i zagubiona, oceniała jej dojrzałość, a pracę Darii Abramowicz sprowadziła do siedzenia na trybunach i zarabiania pieniędzy.
W przypadku Sabalenki wypowiedzi stały się jeszcze bardziej pogardliwe. Dotyczyły nie tylko jej zachowania, ale także wyglądu, kobiecości, pochodzenia i osobowości.
Prowadzący nie zatrzymał tej rozmowy.
Przeciwnie – podsycał ją, zadawał kolejne pytania, nadawał jej kierunek i pozwalał, aby wypowiedzi stawały się coraz mocniejsze.
Po publikacji w sieci wybuchła burza. I najciekawsze jest dla nas pod kątem energetycznym i psychologicznym to, co się po tym zadziało.
Odcinek został usunięty, a twórcy podcastu zaczęli tłumaczyć, że naiwnie zakładali, iż każdy gość sam odpowiada za swoje słowa.
Sama Ewa Woydyłło jednak nie uznała, że zrobiła coś niewłaściwego. Przekonywała, że jej wypowiedzi wynikały między innymi z troski o Igę.
Można potraktować tę historię jak kolejną internetową aferę. Albo wziąć z niej coś dla siebie.
A skoro w tym tygodniu poruszamy się w tematyce relacji, to spójrzmy na to relacyjnie.
Pierwsza to relacja twórców podcastu z widzami.
Oczywiście, że dorosły człowiek odpowiada za swoje słowa. Ale czy prowadzący rozmowę nie odpowiada również za pytania, które zadaje?
Za kierunek, który nadaje? Za atmosferę, którą tworzy? Za emocje, które wzmacnia?
Za moment, w którym widzi, że jego gość zaczyna przekraczać granice, ale zamiast zatrzymać rozmowę, zachęca go do pójścia jeszcze dalej?
Twórcy mieli także możliwość obejrzenia nagrania przed publikacją. Mogli je skrócić. Mogli zrezygnować z publikowania najbardziej przekraczających fragmentów.
Mogli uznać, że rozmowa nie tylko rani osoby, o których mówiono, ale zaczyna również kompromitować samą Ewę Woydyłło.
Dlaczego tego nie zrobili? Czy naprawdę nie zauważyli, dokąd zmierza rozmowa?
Czy wiedzieli, co robią, ale uznali, że kontrowersyjny materiał zapewni im zasięgi?
Czy pozwolili swojemu gościowi iść coraz dalej, ponieważ właśnie wtedy odcinek stawał się medialnie atrakcyjniejszy?
A później, kiedy pojawiła się krytyka, powiedzieli:
„To gość odpowiada za swoje słowa”.
Owszem. Ale odpowiedzialność gościa nie usuwa odpowiedzialności twórcy przestrzeni.
Nie można aktywnie prowadzić człowieka w określonym kierunku, opublikować tego, czerpać z tego zainteresowanie, a później zachowywać się tak, jakby było się jedynie przypadkowym właścicielem mikrofonu.
I tutaj sięgamy po pytanie, który dotyczy również naszych codziennych relacji:
– Czy zdarza Ci się pozwalać drugiemu człowiekowi iść w stronę, która mu szkodzi, ponieważ też coś z tego otrzymujesz?
Może rozrywkę. Może poczucie bliskości zbudowane na wspólnym obgadywaniu innych.
Może potwierdzenie własnego zdania. Może interesującą historię, którą później opowiemy.
Może uwagę, popularność albo poczucie, że uczestniczymy w czymś ważnym.
– Czy naprawdę troszczysz się o człowieka, jeśli widzisz, że się kompromituje, ale nie zatrzymujesz go, ponieważ jego zachowanie jest dla nas korzystne?
– Czy potrafisz rozpoznać moment, w którym nie jesteś już tylko obserwatorem cudzej nieświadomości, ale zaczynasz ą współtworzyć i wzmacniać?
Druga relacja to relacja prowadzącego z psycholożką.
Lech Sidor kierunkował i podsycał tę rozmowę. Ale Ewa Woydyłło dała się ściągnąć do poziomu prowadzącego.
Nie podniosła poziomu tego odcinka. Nie zatrzymała się, żeby powiedzieć:
„Nie znam Igi osobiście a choć uwielbiam tenisa, to wolę pewne obserwacje zachować dla siebie”.
Nie oddzieliła obserwacji od własnej interpretacji. Nie oddzieliła krytyki konkretnego zachowania od oceniania całego człowieka.
Nie postawiła granicy prowadzącemu. Nie zmieniła kierunku rozmowy.
Popłynęła tą rwącą rzeką na samo dno.
I właśnie tutaj pojawia się bardzo ważne pytanie o nasze relacje:
– Czy potrafimy zachować własny poziom świadomości, kiedy ktoś zaprasza nas niżej?
– Czy przy osobie obgadującej zaczynamy obgadywać?
– Czy przy osobie cynicznej stajemy się cyniczni?
– Czy przy osobie agresywnej pozwalamy, aby również przez nas zaczęła mówić agresja?
– Czy czyjaś aprobata sprawia, że wypowiadamy słowa, których nie powiedzielibyśmy w innym otoczeniu?
– Czy obecność człowieka, który zachęca nas do coraz mocniejszych ocen, sprawia, że zaczynamy mylić pogardę ze szczerością?
Prowadzący może nadawać rozmowie ton. Może podsuwać pytania.
Może naciskać określone przyciski. Ale ostatecznie to my odpowiadamy za to, czy przyjmujemy jego zaproszenie.
Dojrzałość nie ujawnia się tylko wtedy, kiedy znajdujemy się wśród ludzi spokojnych, świadomych i pełnych szacunku.
Ona ujawnia się szczególnie wtedy, kiedy ktoś otwiera przed nami drzwi do naszego cienia, a my potrafimy powiedzieć:
„Widzę te drzwi, ale nie chcę przez nie przechodzić”.
Możemy też zadać sobie trudniejsze pytanie:
– Jeżeli ktoś rzeczywiście „wydobywa ze mnie najgorsze”, to co dokładnie daje się ze mnie wydobyć? Czy jest to potrzeba wyższości?
Ukryta pogarda? Zazdrość? Niespełnione ambicje?
Potrzeba bycia odważną, bezkompromisową i zauważoną?
Pragnienie, żeby ktoś wreszcie dał nam przyzwolenie na wypowiedzenie tego, co od dawna w sobie nosimy?
Drugi człowiek może nacisnąć nasz przycisk. Ale nie instaluje go w nas podczas rozmowy.
Trzecia relacja, która zwróciła naszą uwagę, to relacja Ewy Woydyłło z samą sobą.
Każdy człowiek może powiedzieć coś nieprzemyślanego. Może dać się ponieść atmosferze.
Każdy może przez chwilę mówić z miejsca, którego nie rozpoznaje w sobie na co dzień.
Psycholog, terapeuta czy nauczyciel duchowy nie przestaje być człowiekiem.
Nie chodzi więc o to, żeby nigdy nie popełnić błędu. Najwięcej o naszej świadomości mówi to, co robimy później.
Kiedy pojawiła się krytyka, Ewa Woydyłło nie uznała, że przekroczyła granicę. Nie powiedziała, że język mógł być niepotrzebnie pogardliwy albo że przypisała Idze i jej psycholożce intencje, których nie mogła znać.
Uznała, że nie zrobiła niczego złego i że jej słowa wynikały z troski.
A może jednak nie tylko z troski? Może również z niespełnionych ambicji?
Może z projekcji? Może z nieuświadomionych emocji wobec młodych, silnych, odnoszących spektakularne sukcesy kobiet?
Tego nie wiemy.
I nie powinniśmy robić Ewie Woydyłło tego samego, co ona zrobiła innym – czyli mówić z całkowitą pewnością, co dzieje się w jej psychice.
Możemy jednak zadać pytanie:
Czy odpowiedź człowieka, który nie dopuszcza nawet możliwości własnego przekroczenia, nie świadczy czasami o tym, że nie umie skontaktować się ze swoim cieniem?
Kontakt z cieniem nie oznacza uznania siebie za złego człowieka.
Nie oznacza samobiczowania. Nie oznacza także zgadzania się ze wszystkimi opiniami, które pojawiają się na nasz temat.
Oznacza zdolność, żeby powiedzieć sobie:
„Być może moja intencja była dobra, ale nie wszystko, co przeze mnie przemówiło, pochodziło z troski”.
Bo troska może być zmieszana z kontrolą. Szczerość z agresją. Pomaganie z wyższością. Odwaga z potrzebą uwagi.
A przekonanie, że „mówię prawdę”, z nieuświadomioną potrzebą poniżenia drugiego człowieka.
Cień bardzo rzadko przychodzi do nas i mówi:
„Dzień dobry, jestem twoją zazdrością, pogardą i niespełnioną ambicją”.
Najczęściej przebiera się za coś szlachetnego. Za troskę. Za miłość. Za szczerość. Za odwagę. Za obronę wartości. Za prawdę, którą ktoś wreszcie musiał wypowiedzieć.
Dlatego tak ważne jest, żeby po konflikcie, krytyce albo przekroczeniu nie pytać jedynie:
„Czy miałam dobre intencje?”.
Warto również zapytać:
„Co jeszcze było obecne w moich słowach?”
„Dlaczego mówiłam z taką intensywnością?”
„Co zostało we mnie uruchomione?”
„Czy naprawdę opisywałam drugiego człowieka, czy może opowiadałam o własnej reakcji na niego?”
„Czy potrafię uznać skutek mojego działania, nawet jeśli nie był on moją intencją?”
„Czy jestem bardziej przywiązana do prawdy o sobie, czy do obrazu siebie jako osoby zawsze świadomej i zawsze działającej z troski?”
Ta historia nie jest więc wyłącznie historią o Idze Świątek, Abramowicz, Sabalence, psycholożce i podcaście.
Jest historią o tym, co dzieje się z nami w relacjach.
– Czy chronimy człowieka, czy korzystamy z jego nieświadomości?
– Czy podnosimy poziom rozmowy, czy pozwalamy ściągnąć się w dół?
– Czy po przekroczeniu potrafimy spojrzeć na siebie uczciwie, czy natychmiast chowamy się za dobrymi intencjami?
Być może Alchemia RELACJI zaczyna się właśnie w tym miejscu.
Nie wtedy, kiedy zawsze zachowujemy się idealnie.
Ale wtedy, kiedy potrafimy zobaczyć, co naprawdę zostało przez relację wydobyte – i nie uciekamy od tej prawdy.
***
Daj znać, co myślisz o sprawie, jeśli jest Ci znana?
Z miłością,
H.
#wysokiewibracje #woydyllo #igaswiatek
Zostaw komentarz